logo

Jerzy Madeyski – Mistrza poznaje się w ograniczeniach

Józef Krzysztof Oraczewski należy do szczególnego pokolenia: tego, w którym sztuka zdobyła pełną wolność. Zarówno wypowiedzi, jak środków. W trzeciej ćwierci naszego wieku runęły bowiem ostatnie zakazy, ostatnie tabu, ostatnie bariery hamujące inwencję artystów. Sztuce wolno wszystko. Wolno jej nawet być anachroniczną, bo również to słowo przestało, po upadku awangardy, cokolwiek znaczyć. Podobnie jak postulat adekwatności formy do treści, właściwe awangardzie rygory myślowe i formalne, oraz to wszystko, na czym od tysiącleci opierała się sztuka i co było jej istotą, więc zespół norm, zwanych potocznie stylem lub kierunkiem. Ba, toż przekroczono nawet granice pomiędzy sztuką a nie-sztuką, pomiędzy jej sacrum a profanum życia codziennego!

Sztuce wolno wszystko. Zaś wolność jest niebezpiecznym stanem. Lecz tylko dla pozbawionych wyobraźni i nieświadomych swych celów pseudoartystów. Ci prawdziwi sami sobie narzucają ograniczenia i rygory, bo również do naszej, jakże szczególnej sytuacji artystycznej odnosi się maksyma Goethego „mistrza poznaje się w ograniczeniach”.

Józef Krzysztof Oraczewski ograniczył więc w sposób rygorystyczny zasób swych środków wyrazu, choć pierwsze zetknięcie z jego dziełami może wywołać wręcz odmienne wrażenie.

Po pierwsze – odrzucił jakże dziś modny antyestetyzm i drastyczność wyobrażeń. Z pełną świadomością i premedytacją nawet dąży do piękna, ba, pewnej dekoracyjności swych płaszczyznowych i przestrzennych kompozycji, pomny, być może, kapitalnego bon mot Wyspiańskiego „Sztuka dekoracyjna? Takiego pojęcia nie ma. Każda dobra sztuka jest ze swej natury dekoracyjna”.

Po drugie odżegnał się od znów popularnej narracji, od jakże pociągającego gadulstwa, ponad które sugestię lub metaforę przedkłada. Z tendencją tą wiąże się niechęć do szczegółu: jeśli się pojawia – jest cofnięty w głąb, tworzy tło i punkt odniesienia dla innych, ważniejszych i decydujących o wyrazie obrazu działań plastycznych.

Po trzecie – ogranicza paletę do zestawień kilku barw prostych i działających mocno właśnie dzięki swej prostocie, czyli tak, jak dla odmiany zalecał Matisse.

Po czwarte – zestawiając antyk klasyczny, czy średniowiecze z drippingiem taszyzmu i spontanicznością Neue Wilde – zatarł granice między przeszłością a teraźniejszością sztuki, jej tendencji i naszych pojęć – których sztuka jest przecież widzialną odmianą, skutkiem czego jego dzieła stały się niejako ponadczasowe bo mówiące poprzez uniwersalizm powszechnie zrozumiałych znaków o niezmienności kondycji ludzkiej.

Po piąte i – bodaj czy nie najważniejsze – Oraczewski ma, jakże rzadko spotykany, instynkt i poczucie monumentalności. Potrafi – na wzór dawnych mistrzów baroku zwłaszcza, których jest spadkobiercą i kontynuatorem – operować przestrzenią zbudowaną z wielkich mas materii, lecz przede wszystkim światła i cienia, potrafi wstrząsnąć widzem i rzucić go na kolana michelangelowską terribilita, straszliwością, zaskakując zarazem urodą. I – nie bójmy się tego słowa – pewną, a tak przez późny barok ulubioną kokieteryjnością kompozycji, wspartej o granda pitura, wielkie, olśniewające rozmachem malarstwo.

Te właśnie cechy i walory sprawiają, że Oraczewski wraz z innymi artystami swej generacji o podobnych inklinacjach – wyprowadza sztukę współczesną z pułapki marginalizacji, w jaką wpędziła ją nazbyt scjentystyczna i zagłębiona w swych własnych, wąskich i czysto teoretycznych już problemach awangarda.

Komentarze zostały wyłączone.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!