logo

W poszukiwaniu dobrej sztuki cz.1

Józef Krzysztof Oraczewski to jeden z najwybitniejszych polskich twórców współczesnych. Ceniony jest w świecie zarówno z uwagi na skalę, zakres podejmowanych tematów, jak również dzięki stosowanym z rozmachem oryginalnym technikom artystycznym. Miał ponad 40 wystaw indywidualnych, autorskich oraz uczestniczył w kilkudziesięciu ekspozycjach zbiorowych na całym świecie. Wystawiał wspólnie ze znanymi w świecie znakomitymi twórcami, m.in. Wiktorem Vasarelym, Wilfridem Polke, Cezarem Manrique`m. Andy Warholem, Guenterem Grassem (literat kaszubsko-niemiecki, ale też rysownik). Prezentujemy „serial” kilkuodcinkowy ze spotkań i wścibskich rozmów z artystą, który – publikowany w kolejnych wydaniach „Świata Elit” – być może ułatwi niejednemu odbiorcy poszukiwanie dobrej, prawdziwej sztuki.

Jak mi mówiłeś, że masz nową pracownię na wsi, niedaleko Warszawy, to normalnie pomyślałem sobie, że to pewnie jakieś obejście, chałupa po biednym chłopie, w której to odnalazł się niejeden malarz czy poeta, uciekający od zgiełku. Ale jak tu wreszcie przyjechałem, widzę tu gmach murowany, ogromny. Po co ci to?

Może to z głupoty, bo głupich praca lubi. Ale o sztuce trzeba myśleć w kategoriach rozsądku i przestrzeni. Przestrzeń jest niezbędna, żeby odpowiednie formaty można było malować. Tu rzeczywiście jest przestrzeń duża, fabryczna, bo tu była fabryka, która produkowała opakowania plastikowe, przystosowana do warunków industrialnych, ale pojeździłem trochę po świecie, pooglądałem nieco różnych warsztatów, również i artystów, których wielkość liczy się nie tylko cenami i uwagami krytyków. Poznałem pracownie w Nowym Jorku, w Düsseldorfie i innych miejscach, przystosowane do realizacji prac wymagających dużych przestrzeni. Trudno mówić o tym, żebym mógł sobie sam wybudować coś specjalnie pod kątem swojej działalności artystycznej, bo w Polsce nie ma takich możliwości, żeby artysta mógł, dzięki swojej działalności twórczej, dysponować kwotami rzędu pięciu, sześciu milionów dolarów, aby zbudować taką pracownię, jaką ja mam teraz.

Masz więc teraz pofabryczną własną fabrykę artystyczną. Chyba trudno tu się czuć, jak w tradycyjnej mansardzie…

Praca artysty musi mieć swój klimat, przestrzeń, swoje miejsce, które jest odniesieniem do jego charakteru i jego pracy, jego energii, przedsięwzięć, do skali jego działań i do formatów, którymi się posługuje. To wszystko musi się jakoś wiązać.

Przestrzeń potrzebna do dużych formatów, i przestrzeń dla wolnej wyobraźni?

Ależ tak, to się musi łączyć, ponieważ jeśli tylko istnieje szansa na to, żeby się zamknąć pod jakimś kloszem, to wystarczy do tego mieć komórkę. To, co Biblia mówi – chcesz być blisko pana Boga, zamknij się w komórce i bądź blisko. I to samo dotyczy sztuki. Sztuka też może powstawać w małym pomieszczeniu, wręcz w komórce, bo sztuka to nie jest materia, która rozlewa się na kilometry. Sztuka to jest myślenie, i myślenie powoduje, że artysta ma coś do powiedzenia. A to, że ma coś do powiedzenia w formacie takim, jaki ja uprawiam, dotyczy przede wszystkim myślenia o pewnej określonej formie, która ma swój związek ze skalą człowieka.

Co najciekawsze, sam robisz ogromne formaty w tej wielkiej pracowni, a czy wiesz, że są tacy sławni, na „topie”, jak np. Damien Hirst, który w pofabrycznych portowych halach nad Tamizą, zatrudniał ponad stu ludzi, aby np. zamknąć w hermetycznym pudle odcięty łeb krowy wraz z żywą larwą jakiegoś owada, czy zainkrustować ponad tysiącem diamentów czaszkę ludzką, którą jakiś próżny miliarder kupił za ponad sto milionów dolarów. W aktualnym kryzysie ten londyński hochsztapler splajtował, zamknął swoją fabrykę. A ty tutaj sam jesteś fabryką, sam jeden dla siebie, i nikogo nie musisz zwalniać.

Poruszyłeś problem, polegający na wytworzeniu aktualnej sławy, która przekłada się na snobizm, nabywanie rzeczy quasi artystycznych, które lansowane są przez jakieś lobby. Na krótko stają się sztuką, nabywaną za ciężkie pieniądze, ale potem okazuje się, że ta wspaniała, lansowana sztuka zaczyna w muzeach cuchnąć, jak np. liczne łojwokowe instalacje, m.in. słynnego pacyfisty Niemca Boyus`a. Te rzekomo awangardowe prace w muzeach po prostu już śmierdzą, ludzie nie chcą tego oglądać. To były i są sytuacje, w których jakaś grupa ludzi umawia się na to, żeby wmawiać ludziom, że to jest sztuka, lansują to, promują i zarabiają na tym pieniądze, a potem mówią – do widzenia, panie artysto. Już się do niczego nie nadajesz.

Jeśli masz na myśli hochsztaplerów, zagranicznych i polskich, których na pęczki mógłbym tu wymienić, jako brylującą, lansowaną m.in. przez Zachętę, Centrum Sztuki Współczesnej i nie istniejące jeszcze de facto, ale już działające Muzeum Sztuki Nowoczesnej, to chyba nie masz racji. I u nas w państwowych galeriach lansuje się coś takiego, za pieniądze podatników, i to również takich, którzy pieką chleb, kopią węgiel i o sztuce, o tym, co się dzieje, nic nie wiedzą.

I to jest prawdziwe oszustwo. Ale muszę ci powiedzieć, że coś się wreszcie zmienia, bo coraz więcej poznaję ludzi, którzy sztuką się nie zajmują i nie znają się na niej, ale czasem bywają w Zachęcie czy Centrum Sztuki Współczesnej, a też do mnie do pracowni przyjdą i pytają, co się dzieje, wytłumacz nam, dlaczego nasze pieniądze są marnotrawione na chłam, jaki tam się pokazuje. Nie jesteśmy – mówią – specjalistami od sztuki, ale nie jesteśmy głupcami, nie będziemy akceptować tego, żeby wciskano nam coś, co według normalnych ludzkich kryteriów, odczuć, jest nie do zaakceptowania. Na prawdziwe głosowanie za tym, co jest wartościowe, a co nie, składa się wiele elementów, takich jak przeżycie, doznanie z kontaktu z dziełem, płynące z zawartej w nim materii, myśli, estetyki, emocji, a w końcu myśl o tym, czy warto zapłacić za to własnymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi. I dopiero te wszystkie elementy razem wzięte, to jest prawdziwe głosowanie.

Właśnie zobaczyłem, jak przywiozłeś kilkadziesiąt płyt pilśniowych, pociętych w różnych wymiarach. Przebrałeś się w strój warsztatowy, zacząłeś to wyładowywać, zauważyłem, jakie to ciężkie, trudne do przeniesienia, nie mogłem się tylko gapić. Co z tego materiału będzie, do czego ci posłuży?

Praktycznie używam wszelkich, dostępnych możliwości technicznych, bo przeszedłem dobą szkołę zarówno graficzną, malarską, jak i scenograficzną, od prof. Haliny Chrostowskiej, czyli od grafiki warsztatowej począwszy, przez fantastyczne relacje, jakie miałem z prof. Rajmundem Ziemskim, który przez kilka lat odwiedzał mnie w pracowni i rozmawialiśmy o różnych aspektach i problemach pracy artystycznej, aż po Józefa Szajnę, który przysyłał mi życzenia na urodziny i mówił, że jestem jego najlepszym studentem na przestrzeni jego działalności pedagogicznej, i to też jest bardzo ważne doświadczenie, scenograficzne, przekraczające ramy obrazu. Czyli z jednej strony rysunek, który sprawdza się w grafice warsztatowej, poprzez malarskość, jaką miał świętej pamięci Ziemski, aż po wielką przestrzeń, jaką miał Szajna. To moja droga nauki i te elementy są przyczyną mojego działania, wszystko to wykorzystuję.

Ale chyba nie tylko dlatego jest ci potrzebna tak duża baza warsztatowa, bo przecież jest i duch własny, i doświadczenia i sporo innych przyczynków, zawinionych i niezawinionych. A co z tymi ciężkimi płytami, które teraz przywiozłeś do warsztatu?

Oczywiście, wszystko dla każdego związane jest z własnymi doświadczeniami. A to, co w tej chwili robię, to cykl, który się nazywa „Bramy do krainy przemijania”.

Dziękuję za rozmowę.

(c.d.n.)

Rozmawiał: Hugon Bukowski

Do pobrania oryginalny tekst pdf – W poszukiwaniu dobrej sztuki pdf

Komentarze zostały wyłączone.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!