logo

Artysta niestereotypowy

– Wie Pan jak wygląda stereotypowy obraz artysty? Brodaty facet, śpi do południa, wokół niego kręcą się półnagie modelki, wciąż jest bez grosza. Pan brody nie ma…

– Chętnie spałbym do południa. To jest niestety tylko marzenie. Ten obraz artysty, który gdzieś tam na strychu, maluje jeden obraz raz na rok, a potem czeka aż przyjedzie ktoś i uzna, że właśnie on jest najlepszym twórcą na świecie, zakupi wszystko co już namalował i w przyszłości namaluje – ten obraz niestety nie sprawdza się. Za czasów studenckich też miałem taką pracownię na strychu. Była w niej wspaniała atmosfera. Był piec kaflowy z żywym, pięknym ogniem, który dawał wspaniałą, ciepłą atmosferę. Taki stereotyp niestety już nie funkcjonuje.

– Czyli tylko stereotyp…

– Nie tylko, są również tacy artyści, których stać na to, żeby tak funkcjonować – mają bogatych rodziców albo spadek po dziadku i nie muszą starać się o pieniądze na zakup farb, czy blejtramów. Mogą malować od czasu do czasu, jakiś obraz ale dla zaspokojenia własnego ego. Czasami nawet sprzedają swoje prace, w większości, jednak zachowują je dla siebie.

– Czy artyści, ale ci tworzący sztukę przez duże „S”, są w stanie z niej wyżyć?

– Oczywiście, żę tak. Z jednej strony są artyści, którzy dobrze żyją ze sprzedaży swoich obrazów. Bywają znakomici technicznie. Za to artystycznie ich prace pozostawiają wiele do życzenia. Mimo to, czasami udaje im się sprzedać swoje prace za bardzo dobre pieniądze. Czy jest to jednak sztuka przez duże S? Na pewno nie. Wiem jednak, że jest kilku artystów polskich, którzy żyją ze sztuki i nie idą na artystyczne kompromisy, jest to jednak bardzo trudne.

– Wielokrotnie rozmawialiśmy z biznesmenami, którzy chcieliby zainwestować swoje pieniądze w sztukę. Zastanawiają się nad kupnem obrazu współczesnego artysty. Najlepiej młodego, dobrze się zapowiadającego. Tylko jak on się nazywa? Skąd to wiedzieć, po czym poznać?

– We wszystkich dziedzinach jest podobnie. Są pewne wyrocznie i to jest oczywiste. Te wyrocznie kreują postawy artystyczne. Problem polega na jednej prostej rzeczy. Na rynku sztuki. W Polsce on jeszcze nie istnieje. Są ludzie, którzy kupują obrazy, są galerie, które sprzedają dzieła sztuki, są krytycy, którzy lansują swoich artystów. Cóż z tego, jeśli nie ma rynku sztuki!

– Czy kierować się tym, kto przed nami kupił obraz wypatrzonego przez nas artysty?

– To też jest cenna informacja, ale trzeba do niej podchodzić bardzo ostrożnie. Znam historię artysty, który sprzedał podobno jeden ze swoich obrazów pewnej znakomitości ze światowej elity towarzyskiej. I teraz w wielu gazetach jest napisane, że dzięki temu stał się on tak wspaniałym twórcą, że i w Nowym Jorku, i w Paryżu, i w Londynie, są jego wystawy. Nigdzie jednak nie podano informacji gdzie były te wystawy? Bo wiarygodność artysty to jest również miejsce gdzie się eksponuje jego prace. Nie jest bowiem możliwe aby niskiej jakości prace były wystawiane w renomowanej galerii, a tym bardziej w muzeum sztuki współczesnej.

– Jaki mechanizm wprawia ten układ w ruch?

– Jest wiele czynników. Duża część z nich to wszystko co jest związane z działaniami promocyjnymi, które w swoisty sposób łączą koneksje towarzyskie, uzależnienia finansowe oraz gust ( w końcu kwestia tego co dobre, a co nie, przez każdego może być podważona). Starając się znaleźć złoty środek osobiście szukałbym opinii niezależnych, a więc w tym wypadku krytyków patrzących na sztukę polską z perspektywy europejskiej. Znam takich.

– Przy wyborze artysty pozostaje więc w końcu rzut monetą?

– Na pewno nie. Podstawowe kryterium to wybieranie artystów wystawiających swoje prace w renomowanych miejscach w kraju i na świecie. Poprzez możliwość wystawiania i w ten sposób konfrontowania się z najlepszymi, ten młody artysta powoli szlifuje swój warsztat. Nie jest to jednak tania działalność. Jeśli ktoś współpracuje z galerzystą na Zachodzie i dzięki temu znalazł się na rynku sztuki europejskiej czy światowej to jasną rzeczą jest, że – po pierwsze – nie wolno mu sprzedać w kraju obrazu taniej niż robi to ten galerzysta. On przecież inwestuje w tego artystę, promuje go i naturalne jest, żę w konsekwencji tej pracy oczekuje odpowiedniej prowizji.

– Wysokiej?

– Różnie to bywa, w zależności od tego jak znany jest artysta. Minimum o jakim słyszałem to 25 procent. Ale są też tacy właściciele galerii, którzy biorą 75 procent. Im lepszy, bardziej znany artysta tym prowizja mniejsza, to jest proporcjonalne do ponoszonego ryzyka.

– Zarobki w kraju i na Zachodzie są nieporównywalne. Dlaczego więc ceny obrazów mają być identyczne?

– Luksusowe artykuły na całym świecie są w podobnych cenach, dlaczego więc sztuka ma podlegać innym prawom? Znam galerzystkę z Niemiec, która miała w swojej galerii trzech polskich artystów. Inwestowała w nich, promowała, sprzedawała ich prace po 4 – 5 tysięcy marek. Przyjechała kiedyś niespodzianie do Warszawy. I przyszła na spontanicznie zorganizowaną aukcję sztuki. Kupiła kilkanaście obrazów swoich artystów po śmiesznie niskich cenach. Zabrała je do Niemiec i tam sprzedała za ceny, które ona przez lata wypracowała, wycofując sobie w ten sposób poniesione inwestycje, po czym zakończyła współpracę z tymi artystami.

– Rozmawiamy o procentach, prowizjach, biznesie… Czy sztuka wciąż jest dla Pana pasją czy wyłącznie biznesem?

– Nie, nie, uznaję, że nie było tego pytania, bo przecież rozmawiamy o zawodzie artysty malarza, a tak postawione pytanie całkowicie zatraca proporcje bo przecież najpierw jest sztuka, sztuka, sztuka, procenty to rola managera i galerzysty, ja się trochę orientuję ze zwykłej konieczności.

– A jednak…

– Gdyby to był biznes, to byłbym managerem. Sztuka ma swój sens jeżeli oparta jest na emocjach, przeżyciach duchowych i intelektualnych. Kiedyś powiedziała mi Cyganka, że mam szansę wystawiać swoje obrazy w najlepszych muzeach świata. Staje się to faktem, chociaż dopiero teraz widzę jaki ogrom pracy mnie jeszcze czeka.

– A ciężko Pan pracuje?

– Ciężka praca to pojęcie względne. Jeżeli kocha się coś robić, to nawet najcięższa bywa do zaakceptowania. Tak naprawdę to może można więcej, ale ja poświęcam około siedemnastu godzin dziennie nie wyłączając oczywiście sobót i niedziel, bo wtedy w mojej taczowskiej pracowni jest najspokojniej i tym bardziej można się skupić na działaniu.

– Na mecenasów chyba Pan nie narzeka. W katalogu widzę loga firm z górnej półki.

– To zawsze jest coś za coś. Słyszałem, że wyobrażenie jest takie, że dzięki sponsorom żyję w luksusach. Faktem jest, że jak robię wystawę, to wiele firm mi pomaga są wśród nich tak znakomite jak 3M, CTL, Bank PBK czy Bank Fortis należy do nich również Heidelberg Trebruk, Akwawit czy też GP i Okland a czasami też PLL LOT. Bywa i tak, że zaprzyjaźniona firma pyta: jakim chce podjechać samochodem na otwarcie wystawy? Audi Cabrio. No to przyjeżdża na lawecie, odstawiam swój samochód i mam wspaniałą przejażdżkę. Oni przecież potrzebują również promocji tego samochodu. A jeśli czasami uda się znaleźć jakieś środki to idą one zawsze na konkretny cel. Teraz idą na przygotowania dwóch wystaw na Manhatanie konkretnie na Soho, na wystawę w Jerozolimie i w Rzymie.

– Takie negocjacje wymagają charakteru?

– Bez charakteru, ale również konsekwencji i uczciwości, nie osiągnie się niczego. Musi on być na tyle silny, aby sprostał próbie sił czasu i materii.

– Których klientów jest teraz na rynku więcej – reprezentujących instytucje, firmy czy indywidualnych kolekcjonerów?

– To trudno stwierdzić. Jestem jednak przekonany, że na dobrą sztukę chętnych jest zawsze za mało.

– Słuchając Pana można wywnioskować, że artysta ma ciekawe życie – pojeździ po świecie, ciekawych ludzi pozna, a i urlop może Pan sobie pewnie zaplanować kiedy Pan chce.

– Cha, cha, to zabawna opinia. No właśnie, to jest to przekonanie o działalności artystycznej a tak naprawdę mam przecież wolny zawód. Mało kto jednak stara się zrozumieć tę drugą stronę medalu; on jest wolny, abym mógł pracować bez ograniczeń.

– Co na to żona?

– Ma złoty charakter. Ale jak jeździmy do pracowni latem, to jeździmy wszyscy, dzięki temu chociaż wtedy jesteśmy razem. Latem jest przyjemnie, pracownia w Taczowie jest ogromna a więc wszystko się tam mieści okolica jest również imponująca z piękną zabytkową wyspą na stawie z kumkającymi żabami i śpiewającymi słowikami. Zimą też tam pracuję, tylko jest trochę chłodno.

– Co w tym zawodzie jest najlepszego? Czy te emocje?

– Przede wszystkim.

– I warto tylko dla tych emocji?

– Z pewnością dla profitów materialnych nie warto, chociaż nigdy nie wiadomo jak będzie w przyszłości. Ale dla sfery ducha i przeżyć na pewno tak.

– Dziękujemy za rozmowę.

Anna i Michał Walendziak

Józef Krzysztof Oraczewski urodził się 7 czerwca 1951 roku w Warszawie. Jest jednym z najbardziej znanych na świecie współczesnych malarzy polskich. Około 400 jego prac znajduje się w zbiorach prywatnych i państwowych, w ponad 20 krajach świata. Jego prace znajdują się między innymi w prywatnej kolekcji byłego prezydenta USA Ronalda Reagana.

Największe prezentacje artystyczne Oraczewskiego to wspólna wystawa z Andreasem von Weizeckerem, wystawa indywidualna w Muzeum Herzelija w Izraelu. Swoje obrazy prezentował w profesjonalnych galeriach w Düsseldorfie, Bremie, Heiselbergu, Kolonii, Waszyngtonie i Los Angeles. Zdobywca, wraz z Januszem Gajosem, Złotego Asa przyznawanego przez Polish Promotion Corporation.

Właśnie zakończyła się wystawa w galerii PBK pod patronatem Muzeum Narodowego w Warszawie.

Obrazy Oraczewskiego znajdują się w kolekcjach Banku PBK, PKO S.A., West Deutsche Landes Bank, Banku Fortis, 3M Polska i CTL.

Do pobrania oryginalny tekst pdf – Artysta niestereotypowy

Komentarze zostały wyłączone.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!